Company Logo

Licznik odwiedzin

Odwiedzinło nas70156

Gościmy

Odwiedza nas 45 gości oraz 0 użytkowników.

Rzeszów - Wilno 2011

Tekst: brat Wojciech


Tylko miłość jest twórcza – VII Ogólnopolska Pielgrzymka

Rowerowa Rzeszów – Wilno

 

 

 

Dzień I

 

Pierwszy weekend lipca to czas rozpoczęcia najsłynniejszego wyścigu kolarskiego – Tour de France. Tradycyjnie też tego dnia rozpoczyna się pielgrzymka rowerowa z Rzeszowa do Wilna. Można już mówić o tradycji, bo 2 lipca uczestnicy pielgrzymki wyruszyli po raz siódmy w stronę Ostrej Bramy. Tym razem trasa pielgrzymki nie wiodła najkrótszą drogą. Jedną z miejscowości odwiedzonych przez rowerowych pielgrzymów była Zduńska Wola. Miejsce nie było przypadkowe. Właśnie w tym mieście znajduje się sanktuarium św. Maksymiliana Kolbego, a dla przypomnienia bieżący rok na mocy uchwały Sejmu RP został ustanowiony rokiem świętego. Hasłem przewodnim pielgrzymki były słowa świętego „Tylko miłość jest twórcza”. Pod tym hasłem zdecydowało się pojechać 68 rowerzystów, w tym 8 kobiet i dwóch księży.

Uczestnicząc w rozpoczynającej wyprawę  porannej Mszy w kościele o.o. Bernardynów spoglądam na siedzącego przede mną jednego z uczestników pielgrzymki ubranego w pielgrzymkową koszulkę. Na plecach zarys Polski z zaznaczonymi kolejnymi etapami: Kazimierza Wielka, Częstochowa, Zduńska Wola, Licheń, Toruń, Gietrzwałd, Giżycko, Posejnele, Wilno. W sumie 1300km. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że przejadę aż tyle.  Po Mszy, w eskorcie Policji wyruszamy na trasę. Niepokoją szarobure chmury nad nami i wczorajsze prognozy, że dziś ma padać cały dzień, a temperatura ma nieprzekroczyć 13 stopni. Jak na początek lipca jest więc bardzo chłodno.

Pierwszy postój wypada w miejscowości Mrowla. Zatrzymujemy się tu przy miejscowym, noegotyckim kościele św. Łukasza pochodzącym z przełomu XIXw. i XXw. Czas na pierwsze pielgrzymkowe śniadanie. Po nim zostajemy podzieleni przez brata Jana – organizatora pielgrzymki na pięć grup: Św. Wojciecha, Św. Maksymiliana, bł. Jana Pawła bł.Ks. Jerzego Popiełuszko i Św. Andrzeja Boboli. Jeszcze tylko krótka modlitwa w miejscowym kościele i już w grupach jedziemy dalej. Pedałując po krętych podkarpackich bocznych drogach i mając cały czas wiatr w twarz – nazywany w żargonie rowerowym „wmordewind” – docieramy do miejscowości Luszowice położonej w powiecie dąbrowskim. Tutaj zatrzymujemy się na dłużej. Nad okolicą dominuje wspaniały neobarokowy kościół św. Józefa wybudowany w drugiej dekadzie XIXw. Na rozgrzanie zmarzniętych ciał otrzymujemy pierwszy posiłek od siostry Haliny, która już nie pierwszy raz troszczy się o potrzeby konsumpcyjne pielgrzymowych braci. Porcja  legendarnego żurku jej autorstwa przywraca ochotę do dalszej jazdy. Po posiłku i modlitwie znów wsiadamy na rowery. Tym razem przed nami prawie 50km. Zmierzamy do miejscowości Zabawa położonej w powiecie tarnowskim, a naszym celem jest znajdujące się tam sanktuarium bł. Karoliny Kózkownej. Dokucza przedni wiatr, ale na szczęście nie pada, choć na wysokości Mielca kłębią się granatowe zwaliste chmury. W atmosferze zagrożenia ulewnym deszczem docieramy do Zabawy. W miejscowym sanktuarium miejscowy proboszcz – ks. Zbigniew Szostak przybliża nam postać Karoliny Kózkownej wyniesionej na ołtarze przez Jana Pawła II w 1987r. w Tarnowie. Karolina urodziła się 1898r. i od młodych lat wyróżniała się głęboką religijnością. Została porwana przez rosyjskiego żołnierza 18 listopada 1914r., a dwa tygodnie później odnaleziona martwa. Jej pogrzeb został uznany za pierwszy przejaw jej kultu. Odmawiamy Koronkę do Bożego Miłosierdzia, a później posileni kolejnym posiłkiem siostry Halinki ruszamy w dalszą drogę. Pedałowanie upływa nadal na przepychaniu się z wiatrem. Przez Koszyce docieramy do Kazimierzy Wielkiej, gdzie wypada meta naszego pierwszego etapu. Na liczniku 159km. Lokujemy się w miejscowym hotelu, a po toalecie udajemy się na kolację i Apel Jasnogórski. Dzisiejszy etap był trudny, bo dokuczliwy wiatr dał znać o sobie, ale mogło być gorzej. Z Rzeszowa dostajemy telefony, że padało cały dzień. Uciekliśmy więc przed deszczem. Staram się położyć i usnąć gdy rozlegają się słowa: - Za 200 metrów skręć w prawo. Otwieram oczy i widzę, że Staszek bawi się nawigacją w telefonie. – Co, jeszcze Ci mało? – pytam ze śmiechem. Teraz już wszyscy kładziemy się spać.

 

Dzień II

Poranek drugiego dnia niewiele się różni od pierwszego. Niebo zasnute jest szarymi chmurami i wieje zachodni wiatr. Nasz dzisiejszy cel to Częstochowa, wiec będziemy znów zmagać się z  czołowym wiatrem. Po śniadaniu, o 7 rano wyruszamy na trasę. Tym razem deszcz nas nie oszczędził. Zaledwie po przejechaniu 5km zaczęło padać i tak było aż do wieczora. Wymusiło to na nas zupełnie inny tryb jazdy. Przede wszystkim przerwy są krótsze. Będąc przemokniętym nie można sobie pozwolić na długie postoje, ponieważ grozi to nadmiernym wychłodzeniem organizmu. Teoretycznie przed deszczem można się zabezpieczyć, ale woda jest cierpliwa i przy ciągłych opadach znajdzie sobie drogę do całego ciała.

Za Miechowem, w którym znajduje się Bazylika Grobu Bożego – jedyne miejsce na świecie, po Jerozolimie, które może poszczycić się takim tytułem udajemy się na Wolbrom. Tutaj teren jest pagórkowaty, więc oprócz jazdy w deszczu i pod wiatr dochodzą jeszcze podjazdy i zjazdy, które w takich warunkach są szczególnie ciężkie. Przenikliwe zimno jest szczególnie odczuwalne przy zjazdach. W Wolbromie robimy przerwę na drugie śniadanie. Gorąca herbata rozgrzewa skostniałe ciała. Od Wolbromia w naszej grupie jedzie z nami brat Jan. W Ogrodzieńcu nieoczekiwanie zarządza przerwę na kawę. Słynny zamek jest ledwo co widoczny. Udajemy się do przy zamkowego zajazdu. Towarzystwo raczy się gorącą kawą, a ja swoją uwagę skupiam na ogniu palonym w kominku. Staram się trochę podsuszyć przy naturalnym cieple. Po takiej przerwie nie chce się wyjść z powrotem, ale alternatywy nie ma. Przed zajazdem spotykamy trójkę rowerzystów, którzy z Krakowa jadą też do Częstochowy. Proponuję im przyłączenie się do nas, ale nie korzystają. W Myszkowie deszcz w nieckach jezdni utworzył sporej wielkości kałuże. Większość kierowców nie zważa na rowerzystów, więc w pewnym momencie zostaje oblany fontanną wodą. W innych warunkach pewnie wywołałoby to moją irytację, ale teraz jest to bez znaczenia. I tak jestem kompletnie przemoczony. W miejscowości Poraj czeka na nas obiad. Kasza z pieczenią przywraca ochotę do życia. Po obiedzie jedzie się zdecydowanie lepiej i jakby deszcz wydawał się mniejszy. W Częstochowie swoje rowery kierujemy na Jasną Górę. Pod sanktuarium czas na krótką modlitwę i pamiątkowe zdjęcia. W końcu nie co dzień pokonuje się 150km w deszczu, aby stanąć przed najsłynniejszym polskim sanktuarium.

Na noclegu hitem stają się suszarki do włosów, które mają niektórzy z braci, a brat Czesław, który ma wirówkę jest najbardziej poszukiwaną osobą. Po doprowadzeniu się do stanu używalności udajemy się na Jasną Górę. Przed Cudownym Obrazem uczestniczymy w Eucharystii koncelebrowanej przez naszych księży pielgrzymów w intencji młodych małżeństw, ponieważ w tej intencji pielgrzymowaliśmy cały dzień, a później zostajemy na Apelu Jasnogórskim. Kończy on drugi i jak się okaże później, najtrudniejszy dzień naszego rowerowego pielgrzymowania.

 

Dzień III

Trzeci dzień rozpoczynamy od patrzenia przez okna. Nie pada. Udajemy się na pierwszą, poranną mszę przed Obrazem Jasnogórskim, a po śniadaniu kierujemy się na drogę wojewódzką nr 483 prowadzącą na Łask. Po kilkunastu kilometrach zaczyna padać, więc zatrzymuje się, aby nałożyć odzież przeciwdeszczowa. Na szczęście dzisiejszy deszcz jest nieporównywalnie mniejszy od wczorajszego, a na dodatek 20km później przestaje padać. W Szczercowie przerwa na żurek. Mamy tu mały dylemat, bo można jechać dalej drogą wojewódzką nr  483 na Łask lub drogą 480 nas Widawę. Ta na Widawę jest krótsza, więc kierujemy się w tym kierunku. Już po chwili konsternacja, bo pokazują się znaki informujące o remoncie mostu i zalecanym objeździe drogą krajową nr 8, czyli popularną gierkówką. Mimo wszystko ryzykujemy. W miejscowości Restarzew most jest rozebrany, ale obok byłego mostu biegnie drewniana kładka, więc można przejść z rowerem. W Widawie odbijamy na drogę wojewódzką nr 481, a później odbijając z niej na lewo docieramy do Zduńskiej Woli – do sanktuarium św. Maksymilina Kolbego. Porozwieszane wokół banery eksponują informację o roku maksymilianowskim. Trudno uwierzyć, ale tytuł sanktuarium św. Maksymiliana kościół nosi dopiero od roku 2004r. W barokowym wnętrzu znajduje się m.in. chrzcielnica, przy której został ochrzczony święty. Wchodząc do sanktuarium na modlitwę unikamy potężnej ulewy, która właśnie przechodzi nad Zduńską Wolą. Dom urodzenia św. Maksymiliana znajduje się raptem około 200m od kościoła, przy ulicy św. Maksymiliana 9 i dziś stanowi muzeum, w którym eksponowane są pamiątki związane z świętym. Sanktuarium w Zduńskiej Woli to najważniejszy przystanek dzisiejszego dnia.

Powoli dobiega końca nasz trzeci etap. Dziś śpimy w internacie Zespołu Szkół Rolniczych w Wojsławicach, a więc przed nami ostatni 8-kilometrowy odcinek. Po ulewie rozpogodziło się. Ostatnie kilometry ubywają nam w słonecznych promieniach. W sumie tego dnia pokonaliśmy 110km. Po zajęciu pokojów i toalecie udajemy się na obiad. Dziś typowo kolarskie jedzenie, czyli makaron z sosem. Wieczorem spotykamy się na Apelu w miejscowej świetlicy, a po nim udajemy się na spoczynek. Nie od dziś  wiadomo, że sen najbardziej regeneruje siły. 

 

Dzień IV

Po przebudzeniu tradycyjnie spoglądam w okno. Niestety znów pochmurno, a więc po raz kolejny ubieram się na długo. Tym razem pierwsze wrażenie było błędne. Pogoda tylko postraszyła i wkrótce się rozpogodziło. Dostajemy się do drogi wojewódzkiej nr 710, którą dojeżdżamy do Warty. Po krótkim postoju bocznymi drogami równoległymi do drogi krajowej nr 12 kierujemy się w kierunku Kalisza. Ostatnie 15km jedziemy już drogą krajową, ale ruch nie jest zbyt wielki. Po drugie,  wieloosobowa grupa rowerzystów  działa bardziej na wyobraźnie kierowców niż pojedynczy jednoślad.

W Kaliszu zatrzymujemy się w sanktuarium św. Józefa. Tutejsze sanktuarium ma tytuł bazyliki mniejszej i jest nazywane polskim Nazaret. Bazylika jest utrzymana w stylu barokowym, a szczególną estymą cieszy się tu obraz św. Rodziny. Przed nim uczestniczymy we Mszy Świętej. Akurat odbywają się rekolekcje dla księży, więc eucharystię celebruje około 40 kapłanów. Po nabożeństwie czas ruszyć w dalszą drogę. Kierujemy się na Konin drogą krajową nr 25. Na obrzeżach miejscowości Rychwał, na niewielkiej leśnej polanie mamy obiad. Za nami 98km, więc pora uzupełnić energię. Potrawka z kurczaka smakuje wybornie. Stąd już niewiele do Konina, w którym szukamy znaków na Licheń. 4km przed sanktuarium widać już wieże największego kościoła w Polsce. Pokonaliśmy dziś 141km. Po dojechaniu na nocleg i tradycyjnych pielgrzymkowych obrządkach czyli toalecie i kolacji udajemy się na wieczorne nabożeństwo do bazyliki. Trzeba przyznać, że wieczorem oświetlone wnętrza bazyliki mają wyjątkowy klimat. Nie można też zapomnieć o organach, których dźwięk jest niepowtarzalny. Miałem to szczęście, że organistka zagrała jedną z moich ulubionych pieśni, pt. Powiedz ludziom, że kocham ich.

 

Dzień V

Kolejny piąty dzień naszego podróżowania zaczynamy od Mszy Św. w bazylice o godz. 6. Po niej śniadanie i kierujemy się w kierunku Torunia. Dzisiejszy etap jest krótki, a po drodze nie są przewidziane żadne większe przerwy. Wydaje się, że powinniśmy dziś dojechać bardzo wcześnie, ale szybko okazuje się, że tak się nie stanie.  Porywisty wiatr znów wieje od czoła. Dla złapania oddechu robimy przerwy w Sompolnie, Piotrkowie Kujawskim, Radziejowie i Zakrzewie. W Służewie zatrzymujemy się na dłużej, ponieważ chcemy pojechać przez drogę prowadzącą przez poligon, więc trzeba najpierw sprawdzić czy droga jest otwarta. Jest, więc jedziemy. Znaki „uwaga miny” wyglądają groźne, ale nie zamierzamy zjeżdżać z asfaltowej drogi, więc niebezpieczeństwo nam nie grozi. Pokonawszy poligon wjeżdżamy na drogę krajową nr 15 i dojeżdżamy do Torunia. Na przedmieściach miasta dwaj bracia z grupy Wojciecha uczestniczą w kraksie. Nasza siostra medyczna Edyta, która też jedzie na rowerze udaje się na miejsce zdarzenia. Na szczęście na tzw. szlifach kolarskich tylko się skończyło. To jednak przestroga, że jeżdżąc w grupie należy zachować szczególna ostrożność. O 16.30 dojeżdżamy na nocleg. Dzisiejszy etap miał 106km, ale jazda pod wiatr dała się we znaki. Zacząłem odczuwać ból w lewym kolanie, co uznałem za wynik przeciążenia.  Po odpoczynku udałem się na indywidualny spacer po toruńskiej starówce. Z zakupem pierników nie było żadnych problemów.

 

Dzień VI

Największy kłopot następnego dnia to wyjazd z miasta. Pewnie jadąc samochodem nie odczuje się tego, ale mnie osobiście na rowerze droga bardzo się dłuży. W końcu udaje się wyjechać na drogę krajową nr 15, którą przemieszczamy się aż do Lubawy. Wcześniej, bo w Brodnicy dłuższa przerwa na drugie śniadanie. Tym razem żurek zastąpiła pomidorowa. W Lubawie skręcamy na drogę wojewódzką nr 537 i kierujemy się w stronę Grunwaldu. Pokonawszy 135km stoimy na najsłynniejszych polskich polach. Tu Uczestniczymy w Mszy Świętej polowej,  spożywamy obiad, a później na rowerach „najeżdżamy” na pomnik grunwaldzki. Obowiązkowe pamiątkowe zdjęcia i przez Olsztynek udajemy się w kierunku Gietrzwałdu. To nasze dzisiejsze miejsce noclegowe. Obóz rozbijamy w miejscowym domu pielgrzyma. Dziś pokonaliśmy 183km. Niestety w Gietrzwałdzie już poważniej poczułem ból kolana. Dotychczas kolano dawało znać o sobie, ale ból był jeszcze do zniesienia. Dziś ledwo zszedłem z roweru. Na kolacji dodstałem od brata Janusza opaskę elastyczną, którą będzie mi już towarzyszyć do końca pielgrzymki. Po kolacji udajemy się na wieczorne nabożeństwo i zapoznajemy się z historią Sanktuarium. Jest mało popularne, a historię ma bardzo interesującą. Miejscowy kleryk informujemy nas o tym, że Gietrzwałd jest jedynym miejscem w Polsce, w którym objawienia zostały oficjalnie uznane przez Watykan. Matka Boska objawiała się dwójce małych dziewczynek w 1877r., a liczba tych objawień (160) jest uznana za największą na świecie. I jeszcze jedna ciekawostka. Mało kto wie, że dzisiejszy kształt szat papieskich wywodzi się od zakonu kanoników regularnych luterańskich, którzy m.in. znajdują się właśnie w Gietrzwałdzie. Zasypiam ze świadomością, że jutro ostatni dzień jazdy przed jednodniową przerwą. Przyda się nie tylko mnie.

 

Dzień VII

Kolejny siódmy dzień pielgrzymki zaczyna się pięknym porannym wschodem słońca. Towarzyszyć nam będzie przez cały dzień. Dotychczas pogoda cały czas stwarzała zagrożenie deszczowe, a po etapie do Częstochowy każdy miał go serdecznie dość. Poranna Msza Św. w gietrzwałdzkim sanktuarium po niej śniadanie i wyjazd. W zasadzie można by jechać przez Olsztyn, ale musielibyśmy przejechać przez całe miasto, co z pewnością zajęłoby masę czasu. Kierujemy się więc na drogę wojewódzką nr 531, a w miejscowości Łukta skręcamy na drogę wojewódzką 530 i zmierzamy w kierunku Dobrego Miasta. Kilka kilometrów przed nim zjeżdżamy z głównej drogi do Głotowa. Znajduje się tu tzw. Kalwaria Warmii. Miejscowym kościele siostra Aleksandra opowiada o historii tutejszego sanktuarium. Pierwsza wzmianka o Głotowie pochodzi z 1290r., ale dopiero późniejsze wydarzenia uczyniły go sławnym. W XIV w. mieszkańcy Głotowa w obawie przed pogańskimi Litwinami wynieśli z miejscowego kościoła najświętszy sakrament i zakopali w ziemi. Miejscowość został zniszczona, a wraz z nią i pamięć o tym wydarzeniu. W jakiś czas później rolnik orał ziemię i wyorał najświętszy sakrament, który nie uległ zniszczeniu mimo przebywania w ziemi. Towarzyszące rolnikowi woły uklękły. Na pamiątkę tego wydarzenia ufundowano w tym miejscu kościół. Obecny, wzniesiony z czerwonej cegły pochodzi z pierwszej połowy XVIIIw., a w środku znajdują się barokowe ołtarze. Na sklepieniu widać malowidło przedstawiające scenę wyorania z ziemi najświętszego sakramentu. Wspomniałem, że Głotowo nazywane jest Kalwarią Warmii, aby zrozumieć dlaczego trzeba udać się za kościół, gdzie zaczyna się Głotowska Kalwaria.  Inicjatorem jej budowy był mieszkaniec Głotowa Johanes Merten, który odbył pielgrzymkę do Jerozolimy i stamtąd jako relikwie przywióśł 14 kamyków, które umieszczone zostały w każdej z wybudowanych tu kapliczek. Głotowska Kalwaria wiernie naśladuje prawdziwą drogę krzyżową, co do kąta nachylenia, a przy jej budowie pracowało 70000 tysięcy ludzi. Została zbudowana w latach 1878-1894r. Na niej odbywamy drogę krzyżową.

Czas powoli ruszać dalej. W Dobrym Mieście podążamy za strzałkami wskazującymi drogę  wojewódzką nr 593. Ten fragment drogi jest wyjątkowo malowniczy.  W Jezioranach robimy krótki postój przy miejscowym sklepie spożywczym. Nie wspominałem o tym wcześniej, ale jeśli tylko zatrzymywaliśmy się przy sklepie spożywczym to zawsze brakowało w nim bananów. To nasz ostatni przystanek przed Świętą Lipką. Jadąc drogą wojewódzką nr 593 z dala widzimy urokliwy Reszel, ale tuż przed nim skręcamy na drogę wojewódzką nr 594 i nią docieramy do jednego z niewielu obiektów w Polsce wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tu najpierw siostra Halina karmi obiadem zgłodniałych rowerzystów w końcu za nami już 115km, a później udajemy się do kościoła. Udaje nam się wysłuchać koncertu  organowego. Szczególnie wrażenie na mnie robi wykonanie utworu Ennio Morricone, pt. Obój Gabriela z legendarnego filmu Misja. Porozumiewawczo uśmiechamy się do siebie z siostrą Edytą, bo już wcześniej udało nam się zmówić, że to nasz ulubiony kompozytor muzyki filmowej. Po tej uczcie muzycznej czas na pokonanie ostatniego odcinka dzisiejszego etapu. Przez Kętrzyn udajemy się w kierunku Giżycka i 42km później meldujemy się w Twierdzy Boyen, gdzie mieści się nasz kolejny nocleg. Dziś pokonaliśmy 157km. Na szczęście nie musimy się z niczym spieszyć, bo jutro zasłużony dzień odpoczynku.

Za nami 7 dni pielgrzymki i według mojego licznika 1000km. W majowym Giro Italia kolarze przez pierwsze 7 dni pokonali 1184r. Jadący równo z nami kolarze na Tour de France w pierwszym tygodniu pokonali 1194km, a w tegorocznym Tour de Pologne przejadą 1113km. Myślę, że my ze swoją wynikiem nie mamy się czegoś wstydzić.

 

Dzień VIII

Następny dzień, czyli dzień bez roweru rozpoczynamy od Mszy Świętej. Po niej spotykamy się z przewodnikiem, który oprowadza nas po twierdzy. Powstała w latach 1843-1855 na planie sześcioboku i miała za zadanie bronić przesmyku między jeziorami Niegocin i Kisajno. Wjazdu do twierdzy bronią cztery bramy: Giżycka, Kętrzyńska, Prochowa i Wodna, a nazwę swą wzięła od inicjatora jej budowy – generała von Boyena. Po zwiedzeniu udajemy się na miasto. Zachwycam się mostem obrotowym. 100 – tonowa konstrukcja, pochodząca z 1889r. o oryginalnym sposobie zwodzenia w bok jest obsługiwana przez jednego człowieka. Cała operacja zajmuje mu raptem pięć minut. Dwukrotnie jej się przyglądam, ponieważ most jest otwierany i zamykany według rozkładu wywieszonego tuż obok. Pozostałą cześć dnia spędzam w parku na lekturze, dając odpocząć nadwyrężonemu kolanu.

 

Dzień IX

Po drugim noclegu w twierdzy Boyen czas się z nią pożegnać i wyruszyć w dalszą drogę. Zapowiada niepiękny słoneczny dzień.  Dziś jest niedziela, więc rano pada pomysł, aby msze świętą odprawić w kościele. Wyruszamy więc wcześniej, aby na godz. 10 dojechać do Olecka. Przed nami więc trzy godziny jazdy bez przerwy.  Dojeżdżamy kilka minut przez rozpoczęciem mszy. Imponująco wygląda nasza grupa ubrana w pielgrzymkowe stroje wchodząca do kościoła pełnego ludzi. Trudno nie skupić na sobie uwagi. W pewnym sensie poczułem się jak żołnierz wojsk Hubala wchodzący do kościoła w Poświętnym w pamiętnym 1939r. Kto oglądał film „Hubal” kręcony w autentycznym plenerach wie o czym mówię. W naszej pielgrzymkowej rodzinie mamy wspaniałego wokalistę brata Andrzeja jest nim organista z Tarnobrzega pod jego przewodnictwem i dżwiękach gitary nasz śpiew budzi uznanie i podziw w oleckim kościele. Po mszy św. żurek i ruszamy w dalszą drogę. Następny przystanek mamy na przedmieściach Suwałk i tu po raz kolejny powtarza się historia z bananami. 18km za Suwałkami zatrzymujemy się w Wigrach. Miejsce jest powszechnie znane, ale jeszcze bardziej rozsławiła się wizyta Jana Pawła II w 1999r. Oprócz kościoła można obejrzeć apartament, w którym wypoczywał Papież- Polak. W Wigrach także mamy obiad. Po nim kierujemy się do Bazyliki w Sejnach. Osobiście nazywam ją kościołem pogranicza, bo wpływy litewskie i polskie nawzajem się tu przenikają. Stąd do miejscowości Posejnele, w której śpimy mamy już tylko 10km. Na ostatnich dwóch km czekają nas jednak dodatkowe atrakcje, bo okazuje się, że nasz ośrodek położony jest w lesie, więc dojeżdżamy do niego po nawierzchni szutrowej. Przed nami już tylko ostatni etap.

 

Dzień X

- O której możecie wyjechać – pyta brat Jan grupowego Boboli.

- O piątej? – bardziej pyta niż wydaje polecenie brat Jan.

- Może być o piątej – zgadza się grupowy.

- No to pozostałe grupy wyjeżdżają o 5. 30 – ogłasza brat Jan.

Powiem szczerze, że nigdy nie jeździłem rowerem o 5.30 rano, ale zdziwione twarze kierowców samochodów widzących pędzące grupy rowerzystów przed 6 rano wynagradzają trud bardzo wczesnego wstania. Przed nami najdłuższy etap, więc stąd ta wczesna pora wyjazdu. Pierwszy odcinek jest dość długi, prawie 80km. Dopiero w miejscowości Alytus zaplanowany jest dłuższy postój.  Zatrzymujemy się tylko przed kantorem, aby wymienić złotówki na lity i mijając znak „Lietuvos Republika” w na przejściu granicznym w Ogrodnikach wjeżdżamy na teren Litwy. Jak się okaże bardzo wczesny wyjazd miał jeszcze jedną zaletę. Dzisiejszy dzień okazuje się być bardzo gorącym i każdą godziną słońce doskwiera coraz bardziej. Za mostem nad Niemnem w Alytus mamy postój. Niektórzy odpoczywają, a inni robią pamiątkowe zdjęcia z Niemnem w tle. 20km później, na kolejny postoju pierwszy tego dnia posiłek. Zupa jarzynowa nie tylko dodaje siły, ale także uzupełnia wodę w organizmie, bo jest już naprawdę bardzo gorąco. Na dodatek droga do Wilna po litewskiej stornie jest dosyć monotonna długie, proste odcinki na otwartej przestrzeni są po prostu nużące. Na 121km, na leśnej polanie odprawiamy polową msze świętą, a po niej otrzymujemy obiad. Przed nami ostatnie 60km, więc wiara, że jednak się uda dojechać wzrasta z każdym kolejnym kilometrem. 16km przed Wilnem z boku drogi stoi wielki znak ze srebrnym napisem „Vilnius”. Tu zatrzymuje my się po raz ostatni. Przyjeżdża litewska Policja, która będzie nas eskortować do Ostrej Bramy. Tym razem jedziemy już w peletonie. Ubrani w pielgrzymkowe koszulki, pokonując wileńskie ulice dojeżdżamy do Ostrej Bramy. Najpierw czas na modlitwę, a później na wzajemne podziękowania. Mimo trudu, własnych słabości, mniejszych lub większych awarii rowerów, których naprawami zajmował się brat Przemek udało się osiągnąć wyznaczony cel. 10 dni wcześniej stałem w kościele Bernardynów w Rzeszowie, spoglądając na pielgrzymkową koszulkę i zastanawiałem się czy dam radę. Dziś już mam odpowiedź.

 



Contribute!

Powered by Joomla!®. Designed by: hosting video ws tld reseller Valid XHTML and CSS | Joomla templates.