Company Logo

Licznik odwiedzin

Odwiedzinło nas72066

Gościmy

Odwiedza nas 4 gości oraz 0 użytkowników.

Altötting 2012 - relacja

 

 

 

Prowadź Panie Twoją drogą.

Pielgrzymka rowerowa Rzeszów – Altötting 28 kwietnia – 5 maja 2012r.

 

Dzień 1

Rzeszów – Kazimierza Wielka – 145km.

W piękny, słoneczny, sobotni poranek w Rzeszowie gromadzimy się przy kościele św. Michała, by po raz kolejny wyruszyć na wiosenną rowerową pielgrzymkę. Tym razem celem jest Altötting – najsłynniejsze maryjne sanktuarium Bawarii i chyba nie tylko Bawarii. To o nim Benedykt XVI powiedział, że Altötting jest sercem Bawarii i jednym z serc Europy. To niewielkie, bo zaledwie 13-tysięczne miasteczko nazywane jest też sanktuarium dwóch Papieży. W 1980r. pielgrzymował do niego Jan Paweł II, a 26 lat później przybył Benedykt XVI, który urodził się zaledwie 15 km na wschód od Altötting – w Marktl am Inn.

Hasłem naszej pielgrzymki są słowa: Prowadź Panie Twoją drogą. Jesteśmy pełni obaw nie o kondycję, bo znając trudy rowerowego pielgrzymowania potrafiliśmy odpowiednio się przygotować, ale o warunki pogodowe. Ci z nas, którzy co roku w maju pielgrzymują doskonale pamiętają poprzednie pielgrzymki, odbywające się w najpiękniejszym miesiącu w roku, które zapadły w pamięć… ze względu na nieprzyjazne warunki pogodowe. Choćby wspominając pielgrzymkę do Marija Bistrica, podczas której przyszło nam się zmagać przez kilka dni nie tylko ulewnymi deszczami i wichurami, ale także z powodziami. Trudno uciec od tych wspomnień, stojąc na placu przykościelnym. – Zaczynamy w tym roku w kwietniu, więc może i pogoda będzie inna – mówi przekornie któryś z pielgrzymów, chcąc jakby uciszyć niewypowiedziane obawy rowerowej braci.

Tradycyjnej Mszy Świętej otwierającej pielgrzymkę przewodniczy ks. prałat Stanisław Potera – proboszcz tutejszej parafii i asystent diecezjalny Akcji Katolickiej, który jak co roku szczególnie życzliwie ugościł tych pielgrzymów, którzy nie pochodzą z Podkarpacia. Po pożegnaniu z najbliższymi i znajomymi nasz prawie 70 - osobowy biało-czerwony peleton (właśnie w takiej kolorystyce mamy pielgrzymkowe koszulki) w asyście Policji wyrusza na trasę. Udajemy się na północ drogą krajową nr 9, by przy drogowskazie na Bratkowice pożegnać się z Policją. Dalej będziemy sobie radzić już sami. Przejeżdżamy przez Mrowlę, w której podczas ubiegłorocznej pielgrzymki do Wilna mieliśmy śniadanie i zatrzymujemy się w Bratkowicach. Jeszcze w Mrowli dokonuję niemal cyrkowych sztuczek, aby jadąc na rowerze ponad głowami pozostałych rowerzystów sfotografować miejscowy kościół. Podczas

 

śniadania wysyłam zdjęcie jednej sióstr pielgrzymkowych, która pochodzi stąd, a której obowiązki nie pozwoliły wziąć udziału w tegorocznej pielgrzymce. Po chwili otrzymuję odpowiedź, a w zasadzie dwie odpowiedzi. Pierwsza:  – Zazdroszczę i życzę powodzenia na trasie. I druga:   – Czy ja ten kościół powinnam znać? Odpisuję z szerokim uśmiechem na ustach: - Nie sądzę. To kościół w Mrowli, a więc w miejscowości, która pewnie nic Ci nie powie.

W znakomitym humorze,  zadowolony z niezamierzonego żartu ruszam w dalszą drogę. Teraz nie jedziemy już peletonem, ale z podziałem na grupy, której dokonał w Bratkowicach brat Jan – organizator pielgrzymki. Trafiam do grupy Jana Pawła. Dzisiejszy dzień naszego pielgrzymowania upływa na modlitwie w intencji kościoła i ojczyzny.

Kolejny postój wypada w miejscowości Przecław, a następny w Radomyśli Wielkiej. Tu, na rynku spożywamy żurek, który serwowany na każdej pielgrzymce zyskał miano sztandarowego posiłku pielgrzymów rowerowych. Po posiłku i modlitwie ruszamy dalej by zatrzymać się w Zabawie. To miejsce związane z kultem bł. Karoliny Kózkównej wyniesionej na ołtarze w 1987r. przez Jana Pawła II. Po zwiedzaniu tutejszego sanktuarium i modlitwie ruszamy dalej, by raptem za kilka kilometrów zatrzymać się w miejscu zamieszkania Karoliny Kózki. Jej dom rodzinny stanowi dziś dom pamięci.

Przed nami ostatni odcinek dzisiejszego etapu. Zmierzamy do Kazimierzy Wielkiej, aby o godz. 17.30 osiągnąć metę pierwszego etapu. Czas na toaletę, kolację i odpoczynek. Dzień kończymy Apelem Jasnogórskim.

 

Dzień 2

Kazimierza Wielka – Częstochowa – 145km.

Wszyscy Ci, którzy w ubiegłym roku pielgrzymowali do Wilna doskonale pamiętają etap z Kazimierzy na Jasną Górę. Trasa dzisiejszego etapu niemal całkowicie pokrywa się z trasą ubiegłorocznej pielgrzymki do Ostrej Bramy. W ubiegłym roku niska temperatura i ulewny deszcz przez cały dzień sprawiły, że ów dzień zapadł głęboko w pamięć. Wyprzedając trochę bieg wydarzeń napomnę, że w drodze powrotnej z Altötting brat Jan przywołał ów dzień i przypomniał, że wówczas ten dzień był ofiarowany młodym małżeństwom: – W ubiegłym

roku mieliśmy trudną drogę, bo młode małżeństwa często są w kryzysie. Ofiarowując trud tego dnia musieliśmy za nie pocierpieć – powiedział.

Dzisiejsze niebo nie zapowiada załamania pogody. W piękny, niedzielny poranek szykujemy się do drugiego etapu. Trud tego dnia poświęcony jest indywidualnym intencjom pielgrzymów. Słoneczny dzień pozwala na ubiegłoroczne ponure wspomnienia nałożyć nowe, bardziej słoneczne.  Udajemy się na Skalbmierz, a następnie w kierunku na Wodzisław, by w tej miejscowości przeciąć drogę krajową nr 7. Przemieszczamy się często wśród połaci kwitnącego rzepaku co potęguje pozytywne doznania. Ale hitem dzisiejszego dnia jest miejsce obiadowe. Obsługa pielgrzymki wybrała na to miejsce sad jabłoniowy w Paulinowie, tuż przed Lelowem. Rosół i potrawka z kurczaka smakują wyjątkowo wśród zieleni u stóp i kwitnących jabłoniowych parasoli ponad głowami. Po posiłku i modlitwie Anioł Pański, posługując się kultowym cytatem – w tak pięknych okolicznościach przyrody – czas ruszyć w dalszą drogę. Przed nami jeszcze około 50km do Jasnej Góry. W miejscowości Olsztyn znanej z ruin zamku, w których w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku organizowano jeden z największych pokazów fajerwerków w Polsce robimy wymuszoną przerwę. Problem sprowadza się do znalezienia właściwej drogi do Częstochowy z pominięciem drogi ekspresowej. Problem dość szybko znajduje rozwiązanie, ponieważ ksiądz Witek wielokrotnie przemierzał tą drogę z pieszymi pielgrzymkami i podejmuje się poprowadzenia grup. Udajemy się na Kusięta. Po drodze odmawiamy koronkę do Bożego Miłosierdzia i o godz. 16.15 dojeżdżamy Alejami Marii Panny przed najsłynniejsze polskie sanktuarium. Tak wczesna pora ukończenia dzisiejszego etapu świadczy, że przebiegł on bez żadnych komplikacji. Po modlitwie udajemy się do sióstr urszulanek, u których będziemy nocować, a wieczorem bierzemy udział we Mszy Świętej i Apelu Jasnogórskim przed Obrazem Jasnogórskim.

 

Dzień 3

Częstochowa – Góra św. Anny – 95km.

Dzisiejszy etap jest najkrótszym ze wszystkich. Wstępnie ma liczyć około 100km, ale mimo to wstajemy wcześnie rano, aby uczestniczyć w pierwszej porannej mszy przed Cudownym Obrazem. Po Mszy Świętej, śniadanie i modlitwa z uczestnictwem sióstr urszulanek. Może będę nieskromny, ale siostry są zachwycone naszą grupą, postawą i jak deklarują będę się za nas modlić każdego dnia naszej dalszej pielgrzymki. To trzeci dzień naszego pielgrzymkowego szlaku i trzeci dzień pięknej słonecznej pogody.

Brat Tomasz z Chorzowa ofiarowuje swoją pomoc zakresie prowadzenia grupy. Wjeżdżamy dziś na Opolszczyznę, a jak twierdzi doskonale zna te strony.  Po śniadaniu i pożegnaniu z siostrami brat Tomasz klucząc częstochowskimi uliczkami wyprowadza nas na drogę wojewódzką nr 907 prowadzącej do Koszęcina. Tu, na małym ślicznym ryneczku mamy postój i drugie śniadanie. Z ciekawostek dowiadujemy się, że właśnie w tej miejscowości ma siedzibę zespół Śląsk.

Udajemy się dalej w kierunku miasta Strzelce Opolskie. W mieście uważamy, aby przypadkiem nie odbić na drogę wojewódzką nr 426, która wyprowadziłaby nas na autostradę A4. Pilnujemy więc drogi wojewódzkiej nr 409, która prowadzi na Gogolin. Będąc na tej drodze już z daleka widać wzgórze, które jest celem naszego dzisiejszego dnia. Nazwa Góra św. Anny ma swoje logiczne wytłumaczenie. Miejsce jest związane kultem figurki św. Anny Samotrzeciej oraz jej relikwiami, które znajdują się w tutejszej bazylice.

Przemieszczając się po Opolszczyźnie rzucają się w oczy dwujęzyczne nazwy miejscowości. O ile jednak nazwa miejscowości, która jest naszym dzisiejszym celem, czyli Góra św. Anny brzmi po niemiecku Sankt Annaberg, co wydaje się poprawne pod względem językowym, tak leżącą tuż przed nią miejscowość Wysoka tłumaczona jest jako… Wyssoka, co niekoniecznie wydaje się nam poprawną formą języka niemieckiego. Takich przykładów nielogicznego tłumaczenia nazw widzimy więcej.

Ostatnie kilometry dzisiejszego etapu to nie tylko trudności lingwistyczne. Po zjechaniu z drogi wojewódzkiej nr 409 zaczyna się podjazd pod Górę św. Anny. Nachylenie nie jest może zbyt wielkie, bo nie przekracza 5-7%, ale jego kilkukilometrowa długość i dość licha nawierzchnia asfaltowa sprawiają, że na Górę św. Anny wjeżdżamy dość mocno zmęczeni. O godzinie 15 kończymy trzeci etap naszego pielgrzymowania.

Po zakwaterowaniu się w olbrzymim domu pielgrzyma, w którym nasza blisko 70-grupa wydaje się być jedynie kilkuosobową grupką poddajemy się toalecie i uzupełniamy spalone kalorie. Następnie udajemy się na tutejszą drogę krzyżową, która zaskakuje swoim monumentalizmem. Według opracowań poświęconych temu miejscu znajduje się tutaj około 40 kaplic kalwaryjnych. Porozrzucane w sporej odległości stacje drogi krzyżowej, z której każda stanowi okazały budynek sprawiają, że przejście całej drogi wymaga sporej kondycji fizycznej. Nasza droga krzyżowa ma charakter spontaniczny. Każda stacja omawiana jest przez pielgrzymów, którzy dzielą się swoimi wspomnieniami i życiowymi doświadczeniami wpisującymi się w uwiecznione zdarzenia kolejnych stacji drogi krzyżowej.

Wieczorem spoglądamy ze wzgórza na leżące u stóp miasto Zdzieszowice i rozciągającą się na zachód kotlinę zamkniętą gdzieś na skraju horyzontu wzgórzami. – Jutro przejedziemy ją w całości – zauważa ksiądz Witek. Wydaje się to niemożliwe. Niekończąca się równina robi imponujące wrażenie.

 

Dzień 4

Góra św. Anny – Wambierzyce – 152km.

Kolejny dzień naszego pielgrzymowania i kolejny dzień, który zapowiada się słonecznie. Zaczynamy mszą o godz. 6.30 w tutejszej bazylice. Wystrój świątyni ma charakter neobarokowy, a niewielkie rozmiary nadają jej kameralnego charakteru. Dzisiejszy dzień naszego pielgrzymowania poświęcony jest w intencji rodzin.

Po Mszy Świętej mamy okazję spojrzeć na okolice z najwyższego punktu, jakim jest dziedziniec bazyliki. Tuż przed kościołem znajduje się okazały pomnik Jana Pawła II. Wzniesiony w 2000r. jako dziękczynienie za nawiedzenie tego miejsca przez Papieża w 1983r.

Po mszy śniadanie, a po nim otrzymujemy za darmo kilka kilometrów jazdy. Brzmi enigmatycznie? Po prostu, wracamy z powrotem do drogi wojewódzkiej nr 409, a więc wczorajszy wysiłek włożony w podjazd odzyskujemy. Pierwsze miasto, które dziś mijamy to Gogolin. Tu, słowa pieśni o Karolince co poszła do Gogolina same przychodzą do głowy. Za Gogolinem tylko na chwilę zjeżdżamy z głównej drogi, aby zobaczyć pałac w Mosznie. Ten bajkowy obiekt z 365 pomieszczeniami i 99 wieżami leży raptem około 200 metrów od głównej drogi, więc… grzechem byłoby go nie zobaczyć. Dziś, w dawnej siedzibie rodu Tiele-Wincklerów znajduje się Centrum Terapii Nerwic. Kilka chwil na pamiątkowe zdjęcia i ruszamy dalej.

W Nysie wjeżdżamy na drogę krajową nr 46 i udajemy się w kierunku Kłodzka. Po drodze, zjeżdżamy na chwilę do Otmuchowa, aby na tutejszym rynku posilić się sławetnym żurkiem. Za nami już 90km, więc pora uzupełnić kalorie. Tym bardziej, że wszystko co najgorsze dopiero przed nami. Z dala widać już wzniesienia, z którymi przyjdzie nam się zmagać. Za Złotym Stokiem rozpoczynamy podjazd na przełęcz Kłodzką. Wspinaczka liczy około 8,5km, więc od razu nasze grupy rozciągają się i każdy wjeżdża swoim tempem. Obserwując z tyłu, widać wspinających się pod górę, gęsiego niepoliczoną ilość rowerzystów. Budzi to irytacje kierowców, którzy przez CB-radio ostrzegają się przed ponad 100 osobową grupą kolarzy. O tym wszystkim dowiadujemy się na postoju od naszej siostry Beaty, która jedzie w jednym z naszych wozów technicznych. Po wjechaniu na przełęcz pora na przerwę obiadową. A po niej to co dla rowerzysty najprzyjemniejsze, czyli długi zjazd aż do Kłodzka, podczas którego rzadko kiedy prędkość schodzi poniżej 60km/h. W Kłodzku lekka konsternacja, ponieważ słabe oznaczenia dróg powodują, że gubimy drogę. W końcu, po zaciągnięciu języka u miejscowych udajemy się na drogę krajową nr 8, by skręcić następnie na drogę wojewódzką nr 388 i dojechać do celu naszego dzisiejszego etapu – sanktuarium Matki Bożej Wambierzyckiej Królowej Rodzin.

Wieczorem udajemy się na Apel do tutejszej bazyliki, a po niej atrakcja dla oka. Fronton Bazyliki przyozdobiony jest żarówkami, które zarysowują kontur bazyliki. Po nabożeństwie miejscowy duszpasterz informuje nas, abyśmy udali się przed bazylikę. Kilka chwil później ciemne otoczenie Bazyliki zostaje rozświetlone łuną jasnego światła. Zapaliło się oświetlenie Bazyliki. Dziś mamy 1 maj, więc na schodach wiodących do Bazyliki z lampionów został ułożony także napis Bł. JP II.  Również i on budzi emocje. To pierwsza rocznica wyniesienia na ołtarze największego z Polaków. Widok jest imponujący i robi wrażenie na wszystkich uczestnikach. Po wygaszeniu świateł zapada ciemność i rozlegają się spontaniczne brawa.

 

Dzień 5

Wambierzyce – Praga – 178km.

Przed nami najdłuższy etap. Dla osób, które nie mają styczności z rowerem na co dzień pokonanie prawie 180km odcinka w jeden dzień wydaje się niemożliwe. Ale zanim to nastąpi  najpierw, tradycyjnie już zaczynamy dzień Mszą Świętą w tutejszej bazylice. Dziś będziemy się modlić w intencji dzieci i młodzieży. Po mszy śniadanie i przygotowania do wyjazdu. Jeden z miejscowych widząc tak liczą grupę na rowerach, wiedziony ciekawością podchodzi do nas i pyta: - A dokąd jedziecie? – Do Pragi – Odpowiada ktoś z naszej grupy. – A dzisiaj gdzie? – miejscowy dopytuje dalej. – No, do Pragi – podtrzymuje swoją poprzednią odpowiedź jeden z pielgrzymów. – Eee tam, nie ma szans, żebyście dojechali – kwituje. Przypomina mi się ta rozmowa o godz. 19 tego samego dnia jak zsiadałem z roweru przed hotelem w Pradze.

Początek dnia zaczyna się od ustalenia trasy. Pod rozwagę brany jest powrót do drogi krajowej nr 8 i kierowanie się na Kudowę-Zdrój. Z drugiej strony ktoś podpowiada, aby udać się na Kudowę przez Radków. Po pierwsze, na pewno będzie mniejszy ruch i brak  tzw. tirów, a po drugie, na pewno jest krócej i to około 8km. Oglądamy mapę i w zasadzie wszystko przemawia za drugą opcją, ale nie rozumiem dlaczego droga na mapie przez Radków jest taka kręta. 10 km później już wiem! Przed nami słynna przełęcz 100 zakrętów. Podjazd liczy 9 km i trafiają się 10% fragmenty nachylenia. Powoli, kręcimy korba za korbą wspinając się na kolejny zakręt wyżej i wyżej. Pokonujemy jeden, a na horyzoncie – oczywiście wyżej niż poprzedni – pojawia się drugi. I tak kolejno. Jeden zakręt, drugi zakręt, trzeci zakręt. Do stu jednak nie liczyłem. W końcu osiągamy szczyt. Początek etapu był jak żaden dotychczasowy. W nagrodę otrzymujemy kilkunastokilometrowy zjazd do samej Kudowy-Zdrój. Rower wyhamowuję już w mieście. Klucząc wśród remontowanych dróg przekraczamy granicę. Jesteśmy w Czechach. Daje się zauważyć lepsza jakość dróg. Dodatkowo sprzyja nam wiatr, więc nie jedziemy, a pędzimy. Za miejscowością Hradec Královéczas na obiad. Obiad jest polowy w pełnym tego słowa znaczeniu. Wokół nie przemierzone pola pszenicy. Posileni tradycyjnym polskim schabowym oraz modlitwą ruszamy dalej, bo jeszcze spory kawałek przed nami. Na jednej ze stacji benzynowych robimy krótką przerwę. W oczy rzuca nam się klatka z ptakiem. Przy niej doczepiony artykuł z czeskiej prasy pt. Loskuták Geniálni Imitátor.  To słynny Gwarek, którego zdolności mimetyczne przewyższają popularne papugi. Próbujemy go nauczyć słowa rower, ale Gwarek, czyli Loskuták chyba miłośnikiem rowerów nie był, albo nie potrafił mówić po polsku. I tak oto umilając sobie monotonie najdłuższego etapu osiągnęliśmy przedmieścia Pragi. Po praz pierwszy w czasie tej pielgrzymki pogoda się nas pogniewała. Granatowe wręcz niebo i porywisty wiatr oznaczają, że chyba nie uda się na sucho dojechać. Dodatkowo stres podnosi niemożność odnalezienia noclegu. Jedziemy według nawigacji jednego z braci, a urządzenie postanowiło wystawić naszą cierpliwość na próbę. W końcu osiągamy cel, a grantowe niebo postraszyło tylko mżawką. Za nami najdłuższy etap, a jutro dzień bez roweru. Dzień kończymy tradycyjnie Apelem.

 

Dzień 6

Praga

Naturalnym sposobem przemieszczania się człowieka jest chód. Jednak po 5 dniach spędzonych na siodełku rowerowym w wymiarze ponadetatowym, czyli powyżej 8 godzin dziennie człowiek zatraca tą naturalność umiejętność. Dłuższy spacer staje się wręcz uciążliwy i z powrotem myśli się o rowerze. Parafrazując słynnego bohatera filmowego Forresta Gumpa, który jak miał gdzieś iść to biegł tak my możemy o sobie powiedzieć, że jak mamy gdzieś iść to jedziemy rowerem. Dziś jednak mimo rowerowej natury będziemy chodzić. Rankiem przyjeżdża do nas nasza przewodniczka Marzena Sedláková – Polka od 20 lat mieszkająca w Pradze. Na stacji Hloubětín wsiadamy do praskiego metra i udajemy się do centrum, na spacer po Pradze. Dziś mamy 3 maja, co dla zwiedzania Pragi nie pozostaje bez znaczenia. Początek maja w Polsce to czas przedłużonego weekendu, a wyjazd do Pragi to jeden z obowiązkowych punktów programów większości biur podróży. Efekt jest taki, że spacerując po Pradze w ten dzień ma się poczucie, że wszyscy Polacy przejechali właśnie tu. Na moście Karola można rzucić czymkolwiek i w kogokolwiek i mieć przeczucie graniczące niemal z pewnością, że trafimy w Polaka. Patrząc ze wzgórza na ogrody ambasady polskiej obserwujemy toczące się tam Garden Party z okazji 3 maja. Mszą Święta w jednym z praskich kościołów w intencji zmarłych z rodzin pielgrzymów i braci  kolarzy kończymy spacer po emblematycznych obiektach Pragi. Pisać o nich nie będę, bo są to miejsca powszechnie znane. Wydarzeniem dnia był biały paw, którego spotkaliśmy w ogrodach senackich. Jego umiejętność pozowania i tzw. parcie na szkło zawstydziłoby niejednego celebrytę. Wracając metrem do hotelu, myślimy już o tym co czeka nas kolejnego dnia.

 

Dzień 7

Praga –  Klenčí pod Čerchovem – 168km.

Po dniu odpoczynku znów wsiadamy na rowery. Rankiem z balkonu hotelu obserwuję niebo i stwierdzam, że zagrożenia deszczowego nie będzie. Po Mszy Świętej na hotelowym korytarzu i śniadaniu wyruszamy na trasę. Dzisiejszy dzień poświęcony jest osobistym intencjom pielgrzymów. Na pierwszych kilometrach towarzyszy nam nasza wczorajsza przewodniczka, która zapulsowała u całej grupy, przyjeżdżając do nas na rowerze. Wyjazd z Pragi zajął nam dwie godziny, a średnia prędkość oscylowała w okolicach 12km/h. Godziny porannego szczytu zrobiły swoje, a przejazd dużej grupy rowerzystów przez zakorkowane miasto do najłatwiejszych nie należy Ale się udało. Kierujemy się na Pilzno. Do Pilzna prowadzi autostrada D5 i równoległa do niej droga 605. Z przyczyn oczywistych wybieramy drogę 605. Prawie do samego Pilzna nic nie zakłócało naszej rowerowej wędrówki. Około 11 km przed Pilznem zobaczyliśmy znak nakazujący wjechać na drogę szybkiego ruchu. Z konieczności zaczęliśmy szukać drogi alternatywnej. Kierując się mapą udaliśmy się na Stary Plznec. Po drodze pytamy miejscowych o najkrótszą drogę o miejscowości Stankov, bowiem tam mamy wyznaczony postój i obiad. Meandrując wśród czeskich wiosek szukamy drogi do interesującej nas miejscowości. Jest trochę niepewności, ponieważ nie mamy gwarancji poprawnej drogi, ale za otrzymujemy widoki i zapachy, które dosłownie zatykają dech w piersiach. Niekończące się połacie kwitnącego rzepaku i drogi wysadzone kwitnącymi jabłoniami lub bzami wynagradzają wszystko. Drogi całkowicie wolne od ruchu samochodowego czynią nas zarozumiałymi, bowiem mamy poczucie, że to wszystko zostało stworzone dla nas. Doznania potęguje słońce powoli chylące się ku zachodowi. Widoki są iście baśniowe i żadne słowa tego nie oddadzą. W kolejnej miejscowości pytamy napotkanego czeskiego rowerzystę o najkrótszą drogę. Ponieważ  nikt z nas nie zna czeskiego rozumiemy tyle, że jak pojedziemy wskazaną przez niego drogą to zaoszczędziły około 5km, ale będziemy musieli przenieść rowery. Przez co nie rozumiemy. Kierując się radami tubylca, który – jak ufamy – pewnie jest świetnie zorientowany w terenie wybieramy ten skrót. Wkrótce okazuje się, że przeszkodą, którą trzeba pokonać jest… trasa szybkiego ruchu. Co ciekawe, ten skrót jest dość powszechnie wykorzystywany przez miejscowych, ponieważ co chwilę jakiś amator kolarstwa z niego korzysta. Korzystamy i my przeprowadzając rowery przez trasę szybkiego ruchu. Wkrótce dojeżdżamy do Chotěšov, a stąd już mamy prostą drogę nr 26 do Stankov, w którym mamy przerwę i obiad. Po tak długim odcinku i niepewności makaron z tuńczykiem smakuje wybornie. Ostatni docinek przebiega bez większych wydarzeń. Nasz dzisiejszy nocleg wypada w miejscowości Klenčí pod Čerchovem, a ponieważ Čerchov ma 1042mnpm., więc ostatnie kilometry wspinamy się do góry. Cierpliwie znosimy ostatnią przeszkodę dzisiejszego dnia, wiedząc, że po osiągnięciu celu czeka nas odpoczynek. Kolacja i tradycyjny Apel kończą kolejny dzień pielgrzymki.

 

Dzień 8

Klenčí pod Čerchovem – Altötting 178km.

Dzisiejszy dzień będzie różnił się wszystkim od dotychczasowych, a to za sprawą komplikacji z przejazdem przez drogę nr 20 po stronie niemieckiej. Mamy trzy, a w zasadzie cztery warianty dotarcia do celu.  Pierwszy polega na tym, że jedziemy wszyscy pod warunkiem, że Niemcy udzielą nam zgody na przejazd drogą nr 20. Ponieważ do ostatniej chwili takiej zgody nie ma to w grę zaczynają wchodzić pozostałe warianty. Można pojechać objazdami, ale wtedy się zrobi się około 190km po terenie ze znacznym przewyższeniem. Na ten wariant zdecydowała się jedynie grupa Wojciecha, w której wszyscy mają rowery szosowe. Wyjechali o 5.20 i zaczęli od 10km jazdy w dół, a ponieważ temperatura tego ranka wynosiła zaledwie 3 stopnie to jak mi opowiadał brat Tomasz na dole nie mógł rozprostować palców u rąk.

Kolejny wariant był taki, że jedziemy autokarem 100km, aby ominąć drogę nr 20 i dalej jedziemy na rowerach około 50km. Ten wariant wybrałem między innymi i ja. Ostatni wariant to taki, że wsiadasz do autokaru i całą drogę jedziesz do Altötting. Kilkanaście osób wybrało takie rozwiązanie. Który pomysł był najlepszy? Trudno jednoznacznie orzec. Grupa Wojciecha przejechała cała trasę, ale nie byli w Marktl am Inn, gdzie urodził się Benedykt XVI. Moja grupa nie przejechała całej drogi, ale za to zobaczyła wspomniane miejsce. Ci, którzy zdecydowali się na spędzenie dnia w autokarze zobaczyli wszystko, ale nie dotknęli oponą bawarskich urokliwych dróg. Wyprzedzając trochę zdarzenia powiem, że w Altötting, zaliczając do drodze Marktl am Inn, gdzie urodził się Benedykt XVI byliśmy około 16 godz. To był jedyny moment, gdzie jechaliśmy w deszczu i przy dość porywistym wietrze. Rankiem nic nie zapowiadało takiej pogody, więc ubrani na krótko dość mocno nas przewiało i przemoczyło. W rodzinnej miejscowości Benedykta XVI obejrzeliśmy wystawę poświęcona rodzinie Ratzingerów, która została urządzona w domu, w którym się urodził. Nasza polskojęzyczna przewodniczka była wzruszona, że tak wielką odległość zdecydowaliśmy się pokonać na rowerach. Zauważyła też, że dotąd miejsce to nie jest zbyt licznie odwiedzane przez Polaków. Dopiero obecny rok przynosi pozytywną zmianę.

Od miejsca urodzenia Benedykta XVI pozostało kilkanaście km do celu naszej pielgrzymki. W aurze zimna i padającego deszczu osiągamy cel naszej wędrówki. W pierwszej kolejności nawiedzamy zabytkową kaplicę, w której znajduje się Czarna Madonna z Altötting. Rzeźba ma 65 cm wysokości i przedstawia Maryję trzymającą na prawej ręce Jezusa, a w lewej – berło. Bardzo liczne wota w kaplicy świadczą o doznawanych tu łaskach i cudach. W kaplicy znajdują się też urny z sercami 24 władców Bawarii. Przez wieki bowiem zapisywali oni w testamencie swe serca Matce Bożej z Altötting, jako dowód wielkiej miłości do Królowej Bawarii. O 17 mamy Mszę świętą wieńczącą naszą pielgrzymkę. Odbywa się ona w znajdującym się naprzeciw kościele kapucyńskim. Tu też zapoznajemy się z postacią św. Brata Konrada z Parzham, kapucyna, który przez 41 lat służył do Mszy św. przy ołtarzu bawarskiej Madonny.

Później obiad i pakowanie rowerów oraz powrót na nocleg na stronę czeską do znanego nam już hotelu w Klenčí pod Čerchovem. Następnego dnia rankiem uczestniczymy w Mszy Św. polowej na placu przed hotelem i wracamy do Rzeszowa, w którym jesteśmy o godz. 21. I tak kończymy kolejną pielgrzymkę rowerową i stajemy się bogatsi o nowe doświadczenia, których wszystkich nie sposób tu opisać.

brat Wojciech

 

 

 



Contribute!

Powered by Joomla!®. Designed by: hosting video ws tld reseller Valid XHTML and CSS | Joomla templates.